wtorek, 19 kwietnia 2016

Jak wyglądać "po norwesku"

Mieszkając w Norwegii lub choćby podróżując po tej pięknej krainie fiordów, możesz w pewnym momencie chcieć przestać tak bardzo wyróżniać się z tłumu i zacząć wreszcie wyglądać jak człowiek tutejszy. Wbrew pozorom nie jest to takie trudne (jeśli mowa tylko o wyglądzie) i wystarczy, że zaczniesz się stosować do kilku wskazówek, a sukces murowany.

Zacznijmy od początku, czyli od głowy. To miejsce najważniejsze, bo oczywiście najbardziej przyciąga wzrok, dlatego też nie może być tu mowy o żadnych kompromisach. Co to znaczy? Ano to, że musisz teraz chwycić za telefon i umówić się do swojej fryzjerki na rozjaśnianie. Masz być blondynką, nie ma innej opcji. W dodatku ma to być blond słomkowy, który wygląda tak, jakbyś urodziła się z nim na głowie, więc nie kombinuj z żadną platyną ani kaczuszkową żółcią, czy odjazdowymi pasemkami. No i broń Boże nie cuduj z żadnymi kosmicznymi cięciami, undercutami, sidecutami, bobami ani niczym, co można jakkolwiek nazwać. Po prostu obetnij je na prosto, a później pozwól rosnąć, od czasu do czasu podcinając końcówki. Najlepsza długość to taka do pasa, a co najmniej za łopatki. Pamiętaj tylko, że mają być zdrowe i gładkie! Jakiekolwiek skręty czy rozdwojone końcówki z miejsca Cię dyskwalifikują i zdradzają pozaskandynawskie pochodzenie. Aha, nie kombinuj też z fryzurami, nawet na poważne imprezy. Noś je spięce w kucyk, co najwyżej w cebulę, albo po prostu rozpuszczone.
Jeśli jesteś płcią brzydszą, to masz o wiele łatwiej. Każdy kolor włosów jest dopuszczalny, choć oczywiście z miejsca dostajesz dodatkowe punkty jeśli jesteś blondynem albo rudy. Obetnij się na Hitlerjugend i sprawa załatwiona. Ważne jednak, żebyś zapuścił brodę, im gęstszą i bujniejszą, tym lepiej. Tylko ogarnij ją jakoś, ma przywoływać skojarzenia związane z jurnym drwalem, a nie zapuszczonym żulem.
Co do twarzy to zostaw ją w spokoju. Ma być nieskażona pudrem czy cieniem, ale ładna i zadbana. No chyba że idziesz na piątkowo-sobotni melanż. Wtedy nałóż na twarz taką ilość kosmetyków, którą normalnie zużyłabyś przez cały tydzień.

Następna w kolejności jest góra. Tu nie ma wielkiej filozofii. Narzuć na siebie co Ci wpadnie w ręce. Najlepiej sweter. Oczywiście wełniany, nie wchodzą w grę żadne akryle i poliestry. Dobrze, jeśli to tradycyjny sweter w norweskie wzory, najlepiej zrobiony na drutach przez Babcię albo własnoręcznie, ale może to też być rozciągnięty, sprany sweter starszego brata.
Wiadomo, że Norwegia to kraj mrozów, śniegów i deszczy, dlatego sam sweter nie wystarczy. Masz do wyboru dwie opcje: albo parka (ale tylko jeśli jesteś kobietą i to przed 30-tką) albo sportowa kurtka. Ta druga pasuje wszystkim, bez względu na płeć, wiek, wykonywany zawód i to, czy masz pod spodem sportowy strój, sweter po dziadku, czy markowy garnitur. Ważny alert: w grę wchodzi tylko kurtka z membraną z Helly Hansen, ewentualnie taka z flagą Norwegii na kołnierzu. Nasze rodzime 4F może jest i lepsze, ładniejsze i bardziej patriotyczne, ale z miejsca Cię zdradzi.
Aha, jeśli jesteś kobietą i wychodzisz na miasto w sobotni wieczór, to od września do marca musisz mieć na sobie futro. Im bardziej zwariowane, puszyste i wyglądające jak połączenie miliona dolarów z dziełem sztuki nowoczesnej, tym lepiej.*

Jak już przy tym futrze i melanżu jesteśmy, to przejdźmy od razu piętro niżej. Nieważne co na ten temat sądzisz, ale do tej kapoty, wyglądającej jakbyś przed chwilą wyszła z igloo, musisz założyć najkrótszą spódnicę lub sukienkę jaką masz. A do tego cienkie rajstopy i najwyższe szpilki jakie posiadasz, 12 cm to absolutne minimum. Jeśli nie potrafisz w nich chodzić, to jeszcze lepiej, bo znaczy to, że nie używasz ich na co dzień. Aha, no i pisząc szpilki mam na myśli czółenka, nie żadne kozaki za kolano i z futrem. Chcesz udawać Norweżkę, więc nie ma że zimno, masz zachowywać się tak, jakbyś od dziecka biegała w styczniu na bosaka!**
Co do dnia powszedniego to po prostu kup z 5 par legginsów do biegania, z wielkim iksem na łydce i noś je codziennie. Do tego jedna para dżinsów, za krótkich i z dziurami i właściwie masz z głowy ubiór na cały rok. Tak, na cały, broń Cię Panie Boże zakładać rajtuzy pod spodnie, nawet przy 30-stopniowym mrozie. Twardym trza być, nie miętkim!

Właściwie to kwestia skarpetek też jest bardzo sporna. Powstrzymaj się od zakładania ich, nawet jeśli są estetyczne i mało widoczne. I nawet jeśli dwucyfrowy mróz ścisnął Ci wszystkie wytrenowane mięśnie opięte sportowymi leginsami, Ty masz pozostać nieugięty i za wszelką cenę trzymać się swojego image'u spod znaku "może i moje kostki są fioletowe z zimna, ale i tak sądzę, że skarpety są dla słabych"***. Co do butów to masz do wyboru naprawdę bardzo szeroką gamę: Airmaxy, vansy i sztyblety. To oczywiście zestaw całoroczny i unisexowy. Alert dla płci pięknej: jeszcze dziś wyrzuć wszystkie kozaki**** i botki sięgające wyżej niż do kostki! Jeśli zakładasz takie buty, to już z odległości kilometra widać, że jesteś nietutejsza, a wręcz niedzisiejsza. W zamian kup sobie vansy. Tylko przed pierwszym wyjściem KONIECZNIE przejedź po nich tarką do warzyw i wykąp je w kałuży przed domem. Dopiero wtedy nabiorą autentycznego sznytu. Oczywiście nadal obowiązuje Cię zasada dotycząca skarpet - nawet jeśli zakładasz te buty w styczniu, do przykrótkich dżinsów - Twoja stopa powinna pozostać nietknięta produktem dziewiarskim.

Co do dodatków zaś, to już jest o wiele łatwiej - kup jakąkolwiek shopperkę od Michaela Korsa i noś ją ze sobą wszędzie - zwłaszcza idąc po ziemniaki do warzywniaka, oczywiście w sportowych legginsach i rozciągniętym swetrze.

Dziękuję, do zobaczenia, mam nadzieję, że pomogłam :)


* Oczywiście futro ma być sztuczne! A jeśli sądzisz inaczej, to bardzo proszę, już teraz kliknij znaczek "X" widniejący przy tytule bloga u samej góry.

** Tak, to nie jest miejska legenda, że Norwegowie hartują się od dziecka. Nie dalej jak w styczniu widziałam syna sąsiadów, który wieczorem, przy kilkustopniowym mrozie, wyszedł w samych skarpetkach wyrzucić śmieci.

*** Również w styczniu, w ciągu tygodnia, w którym temperatura spadła do około -18, każdego ranka spotykałam dziewczynę, ubraną ciągle w ten sam zestaw: kurtka niesięgająca nawet połowy pośladków, cienkie, dżinsowe legginsy kończące się tuż przed kostką i sztyblety. Zero skarpet i jakieś 7 cm gołej nogi. Trzęsła się z zimna, ale strój pozostawał niezmienny. Teraz żałuję, że nie zrobiłam jej prezentu, może jej nie było stać na te skarpety czy dłuższe spodnie...

**** To nie żart, kiedy widzę na ulicy kobietę ubraną w kozaki, to w 90% okazuje się, że jest Polką, a w pozostałych 10%, że innej, pozaskandynawskiej narodowości.

Zdjęcie tytułowe obrazuje oczywiście jak NIE wyglądać po norwesku.

1 komentarz:

Drogi Czytelniku, będzie mi bardzo miło, jeśli skomentujesz mój tekst. Nawet jeśli się ze mną nie zgadzasz. Jeśli tak jest - bardzo chętnie przeczytam o Twoim punkcie widzenia, ale nie obrażaj, nie mów, że jestem głupia, uderzyłam się w głowę albo rodzice mnie nie kochali.
Enjoy :)