poniedziałek, 13 listopada 2017

Norweska służba zdrowia


Posłanka PiS o rezydentach, którzy często zastanawiają się nad wyjazdem zagranicę, by zarabiać uczciwe pieniądze, powiedziała: "Niech jadą!". A ja - gdybym nie miała w Polsce całej swojej rodziny - dopowiedziałabym: przyjeżdżajcie, wreszcie będziemy mieć dobrych lekarzy.


Ciąża i opieka nad małym dzieckiem to czas, kiedy wyjątkowo często odwiedzamy lekarzy. Ten rok jest dla mnie zatem okresem, w którym wgryzam się w specyfikę norweskiej służby zdrowia, mam dla Was zatem kilka ciekawostek, które może zmienią trochę Wasze spojrzenie na system ochrony zdrowia w Polsce. 

1. Buszując po norweskich forach w poszukiwaniu kogoś, kto wykona badania prenatalne natknęłam się na wpis kobiety, poszukującej lekarza wykształconego poza Norwegią, "chętnie w Polsce" - dosłownie tak było napisane. I nie był to bynajmniej post Polki ufającej bardziej rodakom. Bardzo często, gdy w rozmowach z Norwegami mówiłam że jestem z Łodzi, wspominali, że mają tam znajomych studiujących na Uniwersytecie Medycznym. Lekarze wykształceni w Polsce są bardzo cenieni.

2. Temat badań prenatalnych to długa historia, ale przedstawię ją pokrótce. Wg polskich standardów powinnam mieć rozszerzony panel badań prenatalnych. Norweski lekarz, owszem, skierował mnie do poradni genetycznej, ale tam dowiedziałam się, że z tym wywiadem nie przysługuje mi żadne dodatkowe badanie. Doktor, z którą rozmawiałam wręcz przepraszała mnie, że nie może nic zrobić, bo rozumie mnie i moje obawy, ale nie może obejść przepisów. Na badania prenatalne typu USG pierwszego trymestru i test PAPP-A mogą liczyć tylko kobiety po 37 roku życia i te, które urodziły dziecko z chorobą genetyczną. Co ciekawsze, prywatnie nie można zrobić ŻADNEGO badania genetycznego z krwi, czyli np. PAPP-A, NIFTY itd.

3. W ogóle Polacy łapią się za głowę kiedy słyszą o tym, jak wygląda opieka nad ciężarną. Przez całą ciążę miałam jedno badanie ginekologiczne - tylko dlatego, że wylądowałam na pogotowiu. Wykonane nie przez ginekologa, tylko internistę. Ginekologa (poza wizytami w Polsce oczywiście) widziałam 2 razy - na prywatnych badaniach USG. Standardowa opieka nad ciężarną wygląda następująco:
- ciąża prowadzona jest przez lekarza rodzinnego i/lub położną - kobieta może wybrać czy chodzi na wizyty do jednego z nich, czy obu;
- w zdrowej ciąży wykonywane jest JEDNO badanie USG - połówkowe; badanie odbywa się w szpitalu, w którym kobieta zamierza urodzić dziecko - decyzję tę podejmuje zazwyczaj w 12 tygodniu ciąży; badanie wykonuje wykwalifikowana w tym celu położna;
- karta ciąży zakładana jest zazwyczaj nie wcześniej niż w 12 tygodniu ciąży; ja poszłam do lekarza w piątym tygodniu i usłyszałam, że cieszy się że mnie widzi, ale to za wcześnie na wizytę, więc zaprasza za 1,5 miesiąca
- raczej nie istnieje tu coś takiego jak podtrzymanie ciąży przed 12-tym tygodniem; kiedy w 7 tygodniu wylądowałam zaniepokojona na pogotowiu, usłyszałam: "raczej wszystko w porządku, jest mała możliwość, że poronisz, ale to się zdarza, wtedy będzie to wyglądać tak i tak" - wyobrażacie to sobie?
- standardowo nie wykonuje się w ciąży badania ginekologicznego - twierdzą tutaj, że może być niebezpieczne dla ciąży, co oczywiście wyśmiał mój lekarz w Polsce; jednak to jemu bardziej wierzę.

Żeby nie było - ten schemat ma również swoje plusy. Zdrowa ciąża jest tutaj traktowana jak stan fizjologiczny, w którym potrzeba kobiecie więcej uwagi i troski, ale nie leczenia. Moja położna na wieść, że w piątym miesiącu przyjechałam do niej rowerem stwierdziła, że to świetnie że nie rezygnuję z aktywności. Miesiąc później polski ginekolog złapał się za głowę gdy mu o tym powiedziałam i nakazał "dużo leżenia, a jeśli spacery to raczej wokół domu". W Norwegii jeśli jest coś, co lekarza lub przyszłą mamę niepokoi, to wtedy wysyłana jest na inne badania, więc nie jest tak, że kobieta w ciąży jest pozostawiona sama sobie. Mi ogólnie podoba się ten system, najbardziej to, że ciąża prowadzona jest przez lekarza rodzinnego i położną, która wyspecjalizowana jest tylko w sprawach ciążowych, zatem zna temat bardzo dobrze i świetnie opiekuje się ciężarną - ja wizyty u swojej położnej wprost uwielbiałam, bo zawsze miała dla mnie czas i cierpliwie rozwiewała wszelkie niepokoje i wątpliwości w tonie przyjacielskiej pogawędki. Mimo wszystko przydałoby się więcej badań i większa troska o wczesną ciążę - to niezaprzeczalny fakt.

4. Odchodząc od tematów ciążowych: wiecie co usłyszał nasz kolega zmagający się z poważnym problemem z kręgosłupem? Żeby nie ważył się poddawać operacji w Norwegii, tylko jechał do Polski, bo tutaj jest duża szansa, że coś spartaczą, a w Polsce mamy świetnych specjalistów.

5. Dziecko po urodzeniu automatycznie rejestrowane jest do tego samego lekarza, do którego należy matka. Tak - dzieci standardowo nie są rejestrowane u pediatry, tylko u lekarza rodzinnego. Pediatra kontroluje rozwój dziecka na bilansach, ale z problemami zdrowotnymi idzie się do internisty.

5. Parę dni temu odebrałam list ze szpitala i właśnie to wydarzenie sprawiło, że postanowiłam napisać Wam o tym jak wygląda służba zdrowia w Norwegii. Lekarz rodzinny skierował Anię do specjalisty - raczej, na szczęście, nic poważnego, ale wolał aby to specjalista postawił stuprocentową diagnozę. W liście przeczytałam zapewnienie, że lekarz przyjmie nas najpóźniej w styczniu 2021 roku, ale konkretną datę wyznaczą w bliżej nieokreślonej przyszłości. Mówcie co chcecie, ale takich terminów nawet w Polsce nie ma.

6. Publiczna służba zdrowia jest płatna - przynajmniej częściowo. Idąc do lekarza czy na badanie, niemal każdy pacjent musi zapłacić "egenandel" - dosłownie "własny udział", czyli pokryć część kosztów. Przykładowo - wizyta u lekarza internisty kosztuje pacjenta 152 korony (ok 70 zł), a pobranie krwi do badań - 54 (ok 24 zł). Wyłączone z tego są m.in. dzieci do 16 roku życia, ciężarne - jeśli wizyta dotyczy ciąży, a nie innych schorzeń. Pobyt w szpitalu również nie wymaga płacenia. Ważne jednak jest to, że osoby które są poważnie chore, a co za tym idzie - częściej odwiedzają lekarzy - nie ponoszą kosztów w nieskończoność. Osoby, które w ciągu roku kalendarzowego przekroczą pewną kwotę (np. w tym roku to 2205 kr) otrzymują "frikort" - kartę, dzięki której nie płaci się do końca roku za usługi medyczne.

7. A jaki jest najczęściej przepisywany lek? Oczywiście paracetamol. Na przeziębienie czy grypę nie dostaniemy antybiotyków, tylko ewentualnie zwolnienie lekarskie i zalecenie, by na gorączkę przyjąć paracetamol i pić dużo wody. Tylko raz byłam u norweskiego lekarza z przeziębieniem. Co mnie zaskoczyło - nawet mnie nie osłuchał. Leków też żadnych nie dostałam. Przeszło samo, wspomagane jedynie odpoczynkiem od pracy ;) W ogóle nad przeziębieniem nikt się zbyt mocno nie pochyla - jeśli dziecko ma gorączkę to lekarz przyjmie je dopiero, jeśli gorączka utrzymuje się od trzech dni.

8. A na koniec ciekawostka. W wielu miejscach spotkałam się z prośbą, by zdjąć buty. Nie, nie w gabinecie lekarskim, gdy mam położyć się na leżance - przy wejściu do przychodni. Tak było na prywatnej wizycie u ginekologa w czasie ciąży i szczerze mówiąc nie bardzo miałam ochotę się do tego zastosować, ale zobaczyłam że wszyscy w poczekalni grzecznie siedzą w samych skarpetkach. Tak jest też w moim "ośrodku zdrowia", do którego chodziłam na wizyty u położnej, a teraz z Anią na bilanse i szczepienia. Cóż, widocznie oszczędzają nie tylko na badaniach ciężarnych, ale i na sprzątaniu ;)


Konkluzja jest jedna: narzekanie na służbę zdrowia nie zamyka się wyłącznie w granicach Polski. A często nawet jest czego pozazdrościć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi Czytelniku, będzie mi bardzo miło, jeśli skomentujesz mój tekst. Nawet jeśli się ze mną nie zgadzasz. Jeśli tak jest - bardzo chętnie przeczytam o Twoim punkcie widzenia, ale nie obrażaj, nie mów, że jestem głupia, uderzyłam się w głowę albo rodzice mnie nie kochali.
Enjoy :)